TriMama, TriTata więc i TriDzieci?

Marysia już lubi wszystkie zajęcia sportowe. Geny? Czy raczej wychowanie? Ona sama chce czy my ją pchamy w tym kierunku? To prawda, że Mary jest wdzięcznym uczniem. Łapie wszystko w mig. I uwaga! To nie jest moja opinia, ani już tym bardziej Pawła (tatusiowe różowe okulary na nosie), ale obcych ludzi. Pana od pływania, pani od nart. A ponieważ tak jej to łatwo i dobrze wychodzi, to my idziemy dalej: łyżwy, narty, basen, balet, rower (już nie wspomnę o kilku lekcjach jazdy konnej latem).
IMG_2615Co jeszcze? Zawsze wiedziałam, że nie chcę i nie będę do niczego zmuszać moich dzieci. Nie mam wprawdzie żadnych złych wspomnień z dzieciństwa, nie ślęczałam godzinami nad fortepianem i nie marzyłam o zwolnieniu z w-f. Ale miałam takie koleżanki i takich kolegów, którzy całe życie starali się sprostać marzeniom rodziców o ich sukcesach (niespełnionych) i wiem, ile to może rodzić frustracji i rozczarowań. Dlatego nie!
Nigdy nie chciałam przesadzać, a tu proszę. Marysia skończyła, ledwo miesiąc temu, 4 lata, a już pracuje nad kraulem i skrętami na nartach. Ale ona naprawdę to lubi! Cieszy się z każdego pójścia na basen i nie może się doczekać lekcji baletu. Jest dumna jak Pan trener podczas pływania wybiera ją, żeby pokazać dzieciom prawidłową pozycję w wodzie albo Pan na nartach bierze ją do grupy wyżej, bo ” Marysia już może zjechać z dużej góry”.
narty
Widzę, jak moja mała córeczka nabiera pewności siebie. I na razie jest tak, że my jej pokazujemy nowe rzeczy, a ona je zwyczajnie „łyka”. Na pewno jest nam łatwiej zarazić ją czymś, co sami kochamy, co jest obecne w naszym życiu na co dzień.
lyzwyMimo to mam dylemat. Czy to nie za dużo? Czy takie popychanie do przodu ma na nią dobry wpływ? Czy to świadome naprowadzanie jej na „sportowe” życie jest tym, czego naprawdę potrzebuje? A może po prostu ulegliśmy jakiemuś zbiorowemu zawrotowi głowy… Obok radości i dumy czai się jakieś poczucie niepewności. Co dalej? Jak odróżnić pozytywną motywację od robieniem czegoś na siłę? Czy w ogóle są jakieś granice? I gdzie one leżą? Jak wysoko można podnosić poprzeczkę, aby do jej przeskoczenia nie było trzeba zaciskać zębów?
baletMarysia ma dopiero 4 lata. W tym momencie sport w jej życiu wydaje się czymś całkowicie naturalnym. Pozytywnym. Widzę, że zajęcia sportowe budują jej charakter, poprawiają umiejętność słuchania, uczą obowiązkowości. Sport sprawia jej i nam dużo radochy. Ale co będzie dalej? Nie wiem jeszcze, jak Marysia będzie znosić rywalizację. Czy będzie umiała przegrywać? Stawiać czoła niepowodzeniom?
To wydaje mi się najważniejszym zadaniem dla nas. Nauczyć ją, że przegrywanie to nie koniec świata, a gorycz porażki nie musi wywracać jej żołądka do góry nogami. Że nie musi być zawsze najlepsza, bo jest coś znacznie ważniejszego: wola walki, wiara w siebie i chęć bycia lepszym. Tego musi się nauczyć. I tego, że żyć to znaczy nie tylko doświadczać przyjemnych chwil, ale też konfrontować się z nieprzyjemnym emocjami. Przed tymi doświadczeniami i tak jej nie uchronimy.
Czytałam kiedyś, że dzieci uprawiają chętnie sporty do ok. 13-ego roku życia, a potem 75% z nich nagle przestaje. Te liczby dają do myślenia. Ile jest tu naszej – rodziców – winy? Mamy jeszcze trochę czasu do tej magicznej liczby 13-nastu lat. Możemy się jeszcze dokształcić.
PS.1. Patrząc na Marysię kątem oka, myślę sobie, że ona ze swoimi wyzwaniami sobie poradzi. A my z Pawłem? Pewnie jeszcze dużo musimy się nauczyć.
PS.2. Patrząc drugim kątem oka na małą Anię wiem, że z nią będzie tak samo. Już ją zapisujemy na basen…
IMG_0444

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


1 × = 4