Mój drugi triathlon

unnamed (1)W moim planie poporodowo-TriMamowym najważniejszy był start w Gdańsku. Mój debiut na dystansie 1/4 IM (czyli 950 m pływanie, 45 km rower, 10,5 km bieg). 19 lipca w Gdańsku miałam w głowie wszystko poukładane, check-lista zrobiona, sprawdzona parę razy. Niczego nie zapomniałam, niczego nie zgubiłam, poszło jak z płatka).

Kolejne zawody w moim debiutanckim sezonie to był Herbalife Triathlon Gdynia, dystans sprinterski (750 m pływanie, 20 km rower, 5 km bieg). To miał być mój drugi raz, czułam się pewniej, wiedziałam czego mogę się spodziewać. Jednak przez trzy tygodnie pomiędzy startami nie miałam zbyt dużo czasu na treningi. Paweł wyjechał na tydzień do Dublina, Mania miała apogeum buntu dwulatka, prawe kolano odezwało się podczas jednego z treningów, lekko nie było. Do startu coraz bliżej, a tu podczas rodzinnego wypadu nad jezioro (na który oczywiście pianki pojechały z nami) okazało się, że moja pianka ma dziurę na wylot… w kroku! Perspektywa wlewania się tamtędy zimnej wody i płynięcia z takim dyskomfortem (jak w ogóle można w takich warunkach pływać (!!!) była mało zachęcająca! ;). Paweł coś zaczął przebąkiwać, że to sklei. Skończyło się na wypożyczeniu pianki, którą pierwszy raz założyłam na zawody. Wydawało się, że reszta powinna pójść gładko. Jeszcze przed startem będąc w strefie, czuję się jak rutyniarz haha – dokładnie wiem co robić, jak ubrać piankę, moje ruchy są pewne. Nagle zorientowałam się, że nie wzięłam z domu okularów rowerowo – biegowych. Lekko gorąco mi się zrobiło . Bo jak na rowerze bez okularów z wpadającą do oczu chmarą komarów i much. Uratował mnie kramik z okularami za 12 złotych, kolorowe, całkiem spoko.

Po drodze ze strefy do linii startu na plaży w Gdyni, mijam kilka osób w koszulkach TriMamy, kilka kolejnych rozpoznaje mnie, mówi że czyta TriMamę i życzy powodzenia. Na minuty przed wystrzałem armaty spotykam ambasadorkę Herbalife Triathlon Gdynia aktorkę Karolinę Gorczycę, która ma na sobie koszulkę TriMamy! To wszystko dodaje mi siły, to wsparcie jest niesamowite, stres gdzieś znika, zapominam o nim. W jego miejsce pojawia się uczucie dumy. Dumy z tego czego już dokonałam. Obiecałam sobie, że ten start to będzie czysta przyjemność, w żadnym wypadku walka o wynik. Do wody wchodzę spokojnie, lepszych puszczam przodem. Wszystko idzie zgodnie z planem. Lewa, prawa, oddech, lewa, prawa, oddech, kop w głowę!!!! Myślałam, że płynę na samym końcu, a tym czasem wpadłam w przysłowiową pralkę. Moment paniki, chwila żabką, uspokoić oddech. Płynę dalej, równo, większość trasy kraulem. Po ok. 17 min wychodzę z wody, obracam się i widzę, że jeszcze sporo osób jest za mną…jest dobrze. Rower. I tym razem mnie nie zawiódł. Pełna współpraca chociaż jak się później okazało jechałam wolniej niż w Gdańsku. Jedno jest pewne – nie draftowałam! Byłam też świadkiem nieprzyjemnego upadku aktorki Kasi Glinki. Kasia jeżeli kiedykolwiek przyjdzie Ci to czytać to wiedz, że podziwiam to, że wstałaś, wsiadłaś znowu na rower a potem z uśmiechem dobiegłaś do mety. Kończę rower minutę słabiej niż planowałam, ale wybiegając z T2 ciągle mam szansę złamać 1h45′ (o wynik miałam nie walczyć ale mój duch walki jak zwykle każe mi dać z siebie wszystko :)).

Na pierwszej prostej zjadam żelka i do przodu. Zaczynam mocno…może za mocno, ale czuję się dobrze, a to tylko 5km. Do trzeciego kilometra było bardzo dobrze i wtedy się zaczęło! Kurczowy ból brzucha, jestem zła. No co to jest? Przecież wszystko zrobiłam zgodnie z planem…ale czy aby na pewno?! Żelek, ten cholerny żelek! Miałam go zjeść w strefie popijając wodą z bidonu. Nie wiem czemu wpadłam na „genialny” pomysł, że lepiej będzie zjeść już na biegu. Co za błąd. Zjadłam żelek bez popijania…Paweł opowiadał mi różne historie o tym, jak nie popity żelek może zamiast się wchłonąć i robić swoje, zamienić się w grudkę, która niczym kamień zalega w brzuchu. Widać do rutyny jeszcze mi bardzo daleko, ot taka lekcja pokory. Koniec biadolenia, trzeba robić swoje. Zostały mi 2 km, tak blisko…i tak daleko zarazem. Odczuwam ból. Pomoc przyszła niespodziewanie! To byli znowu kibice. Ktoś z restauracyjnego ogródka krzyknął „patrzcie to TriMama, dajesz Natalia, jeszcze 2 km”. A ja podniosłam rękę z kciukiem do góry. Zapomniałam o bólu. Tą końcówkę biegłam niesiona dopingiem kibiców.

I już nagle ostatnia prosta. Dostrzegam Ciocię Gosię i Anię. Ułamek sekundy, szybka decyzja. Chcę z Anią przekroczyć linię mety! Mam ją na rękach, ściskam ją mocno i razem zmierzamy do upragnionej mety. I wtedy stało się coś niesamowitego. Kuba Wiśniewski, który razem z Łukaszem Grassem witał zawodników na mecie krzyknął: „przygotujcie się na największą wrzawę dzisiaj. TriMama! TriMama zaraz będzie na mecie!”.. W gardle mnie ściskało, czułam łzy na policzkach. Tego uczucia nie da się opisać. Nie zapomnę tej chwili do końca życia.Ukończyłam mój drugi triathlon. Czas 1h43’58”. Kuba Wiśniewski i Łukasz Grass dziękuję Wam jeszcze raz! I dziękuję Wam wszystkim za wspaniałe wsparcie! Poznać wielu z Was – przyjaciół TriMamy w realu podczas tego triathlonowego weekendu było dla mnie wzruszającym i pięknym przeżyciem.

Jest w tym sporcie coś magicznego, coś co nas popycha i ekscytuje. To coś, co sprawia, że każdego roku coraz więcej ludzi staje na starcie. A jak stanie już raz, to nie ma siły – wróci. Ja tez wrócę. Obiecuję!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


3 × = 6