Jak kule pokrzyżowały moje plany…

Chyba człowiek zaczyna doceniać jesień z wiekiem. Szczególnie ja, od kiedy po operacji, siłą rzeczy większą wagę przywiązuję do kolorów, niż do zapachów. Ale powiedzcie sami, kiedy świat ma tak cudne barwy jak nie jesienią właśnie? Czas zwalnia, na ulicy jest mniej ludzi, w parkach spacerujące z wózkami mamy, biegacze ugniatający szeleszczące liście albo starsze pary trzymające się za ręce. Jabłka są najbardziej chrupiące, dynie najokazalsze, to pora poetów i marzycieli.

Jest tylko jeden warunek. Musisz mieć czas żeby to zobaczyć, żeby przystanąć, usiąść i się zadumać. Żeby na chwilę posłuchać szumu liści na wietrze… Jesieni 2018 chyba nie zapiszę pod tytułem ,,zapamiętać na całe życie” 🙂

Na początku wszystko szło tak, jak w moich wyobrażeniach: Marysia w pierwszej klasie, od razu zakochana w szkole i niemogąca się doczekać następnego dnia. Ania nadal zakochana w przedszkolu, a my z Adasiem w ciepłe przedpołudnia, zupełnie nie spiesząc się, chodzimy nad Opływem Motławy grzani wrześniowym słoneczkiem i szuramy nogami w liściach. Ale zanim na dobre zaczął się wrzesień, ten, który co roku mnie uwodzi, zanim poczułam jego magię coś zaczęło iść nie tak…

–  Trzeba zrobić artroskopię – powiedział Paweł po wizycie u ortopedy. Podobno guru od kolan sportowców. No to trzeba, uśmiechnęłam się, żeby mu dodać otuchy.

4 tygodnie chodzenia  o kulach, czyli… Paweł tłumaczy mi jak blondynce: jestem wyłączony zupełnie, nie pojadę samochodem, nie przyniosę kubka z herbatą, nie podniosę Adasia…
Dopiero do mnie dociera. Spoko, dam radę.  Wiem ile dla Pawła znaczy sport i powrót do treningów.

Myślę sobie, jestem twarda (to prawda) i zorganizowana (może trochę przesada?). Dam radę jak wszystko zaplanuję z góry. Będzie spoko. Ładne mi spoko – mówię do siebie o 7.30 jedną ręką pakując Adasia do samochodu, a drugą walcząc z półprzytomną Anką: Ania, wsiadaj szybko, bo Marysia spóźni się do szkoły. Pod szkołą wyciągam Adasia z fotelikiem samochodowym. O rany, ten fotelik z każdym dniem jest coraz cięższy! Przecież to niemożliwe, żeby Adaś znów tyle przybrał 🙂 Myślę sobie patrząc na jego tłuściutkie nóżki. Ale nie martwię się, przecież dzieci karmionych piersią nie można utuczyć, prawda?

No więc targam ten fotelik, ciągnąc jeszcze nie do końca wybudzoną Ankę do szatni Marysi. Tu zostawiamy uczennicę i po krótkiej chwili jesteśmy znowu w samochodzie i ruszamy do przedszkola. Ten sam schemat. Fotelik (o rany moje plecy) i pędem do przedszkola. Zostawiamy przedszkolaka i wracamy z Adasiem do samochodu. Wreszcie jesteśmy sami – szeczpę do niego czule – i możemy… pojechać na rynek zrobić zakupy! Artroskopia może Pawła unieruchomiła, ale na pewno nie zmniejszyła jego apetytu. Coś prostego… ryba, sałata. Kilogramy owoców i pomidorów. Wlokę się do samochodu. O rany te plecy!

Wracamy do domu, jemy wspólne śniadanie, rozpakowuję zakupy, wstawiam drugie pranie, karmię Adasia. Rzut oka na zegar – 10:30. Marysia dziś kończy wcześniej i obiecałam Jej, że nie musi iść do świetlicy, co oznacza, że zaraz muszę ruszać! Po południu dziewczyny mają basen. Siedzimy tam z Adasiem w kawiarence trzy godziny. Wieczorem kładę się koło Adasia obiecując sobie, że już jutro będzie spał w swoim łóżeczku. Jeszcze dzisiaj mu odpuszczę, bo jestem taka zmęczona…


Zapomniałam dodać, że kiedy Paweł wrócił z zabiegu powiedział: ,Okazało się, że to nie była łąkotka tylko ubytek w chrząstce…i wymagało to innego postępowania niż doktor pierwotnie zakładał. Nic z tego nie rozumiem. Pytam Pawła: Co to dla mnie znaczy? – Będę chodzić o kulach nie 4 a 6 tygodni! Aż przysiadłam z wrażenia.

Na dzień przed biegiem Westerplatte budzę się z bólem kręgosłupa, który nie pozwala mi nawet ruszyć głową. Chyba wiem dlaczego. W nocy karmiąc Adasia po raz piąty (wiem, wiem) byłam taka padnięta, że zasnęłam w jakiejś wykrzywionej pozycji. Do tego to codzienne dźwiganie. Gdyby nie noga Pawła, to pewnie bym się nie zastanawiała czy wystartować, zacisnęłabym zęby i jakoś by to było. Tylko co dalej? W walce rozum serce, u mnie najczęściej wygrywa serce. Tym razem było odwrotnie. Rozum miał więcej argumentów. Zostałam w domu.

I tak mijają kolejne dni. Zdałam sobie sprawę że nie będę miała okazji docenić urody października. I tak było, nie miałam czasu pójść z nim na randkę…Nie zauważyłam jak odchodzi i jak za progiem czai się listopad. Nigdy się specjalnie z nim nie lubiliśmy. Zawsze uważałam, że jest taki jakiś szary i bury…

Ale cóż – Paweł dziś odrzuca kule!!! Może i ja będę mogła trochę więcej poskakać 🙂 Tak z drugiej strony myślę, że może byłam niesprawiedliwa dla listopada. Może oceniałam go za surowo. Może ma jakieś ukryte walory. Ma?

Nasza rodzina oczyma Marysi. Jak widać kule stały się elementem naszej codzienności.

 

 

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *