Tulę Thule

Kiedy ma się zostać mamą po raz pierwszy, plany na wyprawkę rozrastają się w nieskończoność, lista „rzeczy niezbędnych” jest nierozsądnie długa a do tego dochodzą jeszcze porady koleżanek, które już w roli mamy mają za sobą pierwsze występy. Trudno wyczuć, czy to hormony, czy może nadmiernie wyczulone matczyne instynkty pchające nas w zakupowy szał.. a może po prostu oślepiająca radość z potomka pomieszana z kobiecą naturą, która każe „zabezpieczyć się na każdą ewentualność”.

I tak oto… okazuje się za każdym razem, że połowa z nich do niczego się nie przydała. A to rozmiar nie trafiony, bo dzieciątko zimą właśnie dorosło do letnich ubranek, albo ten wełniany sweterek to i owszem fajnie wygląda na zdjęciu, albo przewijak za śliski … można by książkę napisać 🙂

Mania miała 5 miejsc do spania, prześcieradełka do tulenia maluszków, które podejrzewam o tajemne moce, bo krzyczały do mnie „Musisz mnie mieć !!! Nie mówiąc o termometrach, butelkach, torbach z niezbędnym ekwipunkiem… Wszystko to sprawiało, że spacer z wózkiem wyglądał jakbym wynosiła pół domu 🙂

Z drugim dzieckiem byłam już mądrzejsza, znacznie bardziej racjonalnie podeszłam do zakupów. Lista była sensowna, uzasadniona. Wiele rzeczy z drugiej ręki lub po starszej córce.
Dumna jednak jestem najbardziej, ze swojej postawy oczekując na Adasia, przy trzeciej ciąży. Nagle się okazało się, że wózek, w którym wychowało się już sześcioro dzieci jest zupełnie wystarczający, że przewijak co ma chyba z 15 lat najbardziej się sprawdzi. Zrozumiałam wreszcie, że najbardziej pożądane gadżety to te, które mnie jako mamie, pomogą w funkcjonowaniu – i tylko te są niezbędne. Moje Maleństwo nie dostrzeże przecież ani designu ani kolorów i fasonu. Jemu najbardziej potrzebna jest miłość i bezpieczeństwo. Zadowolona i odprężona mama, szczęśliwe i zdrowe otoczenie.

… ja miałam taką rzecz … zamarzyłam o niej jeszcze w czasie ciąży i o dziwo, nie musiałam na nią specjalnie namawiać Pawła 🙂 Ten przedmiot tak bardzo pasował do naszej aktywnej rodziny… wózek do biegania.

Domyślałam się, że powrót do formy łatwy nie będzie. Mając dwójkę dzieci brakuje doby a trzecie na pewno nie przyniesie na świat z sobą dodatkowych minut na treningi. Rozwiązanie okazało się takie proste a wybór padł na Thule – pieszczotliwie nazwanym Tulusiem prze Manię i Anię.

Adaś pierwszy raz zajął dostojne miejsce w specjalnie zaprojektowanym hamaczku gdy miał zaledwie 3 miesiące. Oczywiście najpierw skonsultowaliśmy to u znajomego fizjoterapeuty. Nasz synek, dziewczynki oraz spragniona ruchu mama ruszyli na podbój Opływu Motławy. Lekki, zwrotny a zarazem stabilny i świetnie wyważony sprawiał, że bieganie z Adasiem było czystą przyjemnością i odprężeniem dla ciała. Niezależnie od kaprysów pogody, czy to zimą czy wiosną ruszaliśmy razem czerpiąc ze świeżego powietrza i ukochanej okolicy. Zauważyłam, że Adasia uspokaja i ciekawi szybko zmieniający się krajobraz, rytmiczne kołysanie, podmuch wiatru pod osłonką.

Mamy razem wspaniałe wspomnienia. To z wózkiem zrobiłam swoją pierwszą piątkę; to z nim spędziliśmy pierwszy urlop w górach, jako pięcioosobowa rodzina, gdzie doskonale sprawdził się na śnieżnych drogach. W tym wózku pokonywaliśmy niełatwe trasy przy plaży.

Przypinaliśmy też do roweru i trasy na Półwyspie przejchane wzdłuż i wszerz!

Uwielbiam go, cała nasza rodzina nie wyobraża sobie bez niego funkcjonowania. Moje córki nawet czasem śmieją się, z jaką troską i radością go używam. A ja … no cóż… tulę Thule za to jak wspaniale wpisał się w nasze życie.

P.S. A ile ostatnio pomieścił kasztanów! 🙂

Zostaw odpowiedź

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone